Korwinów

 

Most kolejowy w Korwinowie


Przypadkowo znalazłem w necie (www.fotopolska.eu) obrazek z prac przy odbudowie wysadzonego we wrześniu 1939 roku przez Wojsko Polskie mostu kolejowego nad Wartą w Korwinowie. Przypomniałem sobie rodzinne opowieści związane z tym wydarzeniem i postanowiłem to opisać. Bardzo się cieszę, że mogę coś naświetlić o naszej historii.

Po rozpoczęciu wojny przez Niemców 1 września 1939 roku Wojsko Polskie wycofywało się na wschód. Ważnym punktem strategicznym na naszym terenie był stalowy most kolejowy nad rzeką Wartą w Korwinowie. Z taktycznego punktu widzenia postanowiono o zniszczeniu tego obiektu. Dokonała tego grupa saperów, która podminowała ten most i spowodowała wybuch oraz jego zniszczenie - przęsła spadły do rzeki.

Ratowanie rannych kolejarzy z parowozu, który kilka dni później spadł ze zniszczonego mostu, miało potem bardzo poważne pozytywne znaczenie w czasie wysiedlenia.
Mieszkaliśmy wówczas w osadzie Młyńskie Wały nad Wartą, około 200 m od mostu.

Po rozpoczęciu wojny nasza rodzina, jak i inni mieszkańcy okolic, zabrawszy nieco dobytku uciekaliśmy na wschód w kierunku Olsztyna, Janowa.
Ucieczkę wspominają brat Stanisław i siostra Alicja.

Stanisław: „Wojna wybuchła w piątek. Most kolejowy wysadzili żołnierze w sobotę wieczorem. Jak ludzie tak zaczęli uciekać, to Tatuś nas wywiózł do lasu w sobotę, koło „zabitego” (mogiła w lesie). Nakazał, że mamy tam na niego czekać. Kulawą kobyłką Wujek Zygmunt i inni pojechali na noc w sobotę, a my nie. Tatuś pojechał po coś jeszcze do domu. Wojsko nasze okopało się koło leśniczówki Adamów, ale się wycofali. Na drzewie w umówionym miejscu zostawiliśmy kartkę z wiadomością, że będziemy czekać w Sokolich Górach. My ruszyliśmy znajomą linią przez las i dojechaliśmy do Sokolich Gór. Jak wysadzili most to my byliśmy już pod Sokolimi Górami. W tym czasie Tatuś z bratem Ryśkiem jechali z domu do lasu. W momencie wybuchu znajdowali się akurat za domem p. Dzianaka, koło przejazdu kolejowego. Szczęśliwie, bo budynek ich osłonił od strasznego podmuchu. Wybuch był potężny. Z dachu pospadały dachówki i popękały szyby, a odłamki z konstrukcji znajdowaliśmy na polach. Od Zawodzia jechał niemiecki patrol, trzech konnych. Po wybuchu natychmiast się oddalili galopem tam, skąd przybyli.

Rannych kolejarzy z wypadku parowozu odwozili kilkanaście dni po wybuchu.

Parowóz został źle skierowany. On jechał ze Stradomia po wodę. Skierowano go niewłaściwie w naszą stronę. Ponieważ była noc, wszystkie światła wygaszone, to nie mogli się zorientować gdzie są. Stanęli koło cegielni, widocznie zobaczyli kontury budowli. Później szybko ruszyli i parowóz spadł do rzeki.

Kilkanaście dni po wysadzeniu mostu, późnym wieczorem któreś z dzieci przyleciało do domu i mówi że jedzie parowóz. Było ciemno, chyba koło 20-tej. Usłyszeliśmy potężny huk. To właśnie ten parowóz, który było słychać, spadł do rzeki. Po tym huku wszyscy pouciekali z domu. Po jakimś czasie było słychać od strony mostu: „ratunku, ratunku” ktoś wołał. Poszedł tam Tatuś z bratem Lolkiem. Lolek miał taką torbę sanitarną. Szukali, wołali i nic. Nikt się nie odzywał. Wrócili do domu. Znów ktoś woła „ratunku”. Mieliśmy wtedy takiego pieska jamnika, Cacek się wabił, on poleciał z nimi i to on wywąchał ofiary wypadku i zaczął szczekać. Jeden kolejarz był przygnieciony i martwy. Dwóch było rannych. Mówili po polsku, bo to byli Ślązacy. Lolek przyleciał do domu po koce. Lolek później został przy rannych, a Tatuś pobiegł na przystanek w Korwinowie, do kolejarza Franciszka Górniaka, który tam pracował. Wzięli małą platformę używaną przez kolejarzy do transportu drobnych materiałów. Załadowali rannych na tą platformę i podwieźli pod przystanek, gdzie ich wstępnie opatrzył lekarz Dekański, który mieszkał w pobliżu. Franciszek Górniak, Tatuś i jeszcze jeden chłop, pchali tą platformę w stronę Częstochowy. Pod Rakowem natrafili na patrol niemiecki. Oni wezwali pogotowie, które zabrało rannych. Tych, co przywieźli rannych, zabrali samochodem do miasta i tam zostawili na noc. W domu się niepokoili, co się z nimi stało. Rano wszystkim trzem uszykowali porządne paczki żywnościowe - konserwy i inne delikatesy. Wtedy Tatuś tam dostał tę „bumagę” (pismo stwierdzające). Później jeden z kolejarzy, po wyjściu ze szpitala, był podziękować.”

Alicja: „Wojna wybuchła w piątek. Była bardzo ładna pogoda, bardzo ciepło. W sobotę, jak wszyscy tak i my, szykowaliśmy się do ucieczki. Rodzice spakowali dobytek ruchomy i załadowali na wozy.

Jak uciekaliśmy do lasu, to na nogach miałam tylko tenisówki. Bałam się, że jak będzie deszcz, to mi nogi przemokną, a w domu miałam nowe pantofle. Wróciłam się do domu po te pantofle, Halina (kuzynka) też pobiegła ze mną. Nad nami latały samoloty. Jaki to był wtedy strach okropny! Schowałyśmy się w tataraku, co rósł nad wodą, ale tam był taki czarny szlam, bardzo się popaprałyśmy tym mułem. Ciocia Święcicka zauważyła, że Haliny nie ma, że pewno ze mną poszła, to pędziła w naszą stronę. Tam był rów melioracyjny i myślała, że my tam w tym tataraku się ukryły. My tam faktycznie byłyśmy, całe czarne, upaprane jak nieboskie stworzenia. W rowie była czysta woda i bardzo ciepło na dworze. Ciocia kazała nam wszystkie odzienie pościągać, przepłukała te łachy i porozkładała na trawie, aby choć trochę przeschły. Później ciocia nas zabrała i dołączyłyśmy do reszty. Ciocia miała na plecach takie duże toboły, były ciężkie i nie mogła ich unieść, to je porzuciła. Zatrzymała tylko woreczek z kosztownościami i to ocaliła. Przez las dojechaliśmy aż do Apolonki za Olsztynem. Jak las się skończył, to wyjechaliśmy na takie wydmy piachu, które tam były. Dużo uciekinierów i wojska niemieckiego tam się zgromadziło. Wielkie armaty jechały i tak bardzo zaczęli strzelać. Ja w rozpaczy i żeby Andrzeja nie zabili, wykopałam głęboki dołek w tym piachu, położyłam tam kołderkę, włożyłam go i położyłam się na nim, aby mu się nic nie stało.

Strzelanina ucichła. Stanęli koło na jacyś Niemcy. 

- „Halt” (stać) – krzyknął jeden z nich.
Upał był potworny, nie miałam nic do picia. Ja wzięłam Andrzejka pod pachę i maszeruję do tego wojska do szosy.
- Czy pani zgłupiała - mówi jakaś kobieta - przecież oni panią zabiją.
- Nie zabiją, bo ja mam dziecko – mówię.
Dochodzę.
- „Kommen, kommen” (podejdź) - Niemiec mówi i pyta – „Essen, Essen?” (jedzenie).
- „Ja” (tak) – mówię.
Miałam przy sobie garczek. Ten Niemiec nalał mi pełny ten garnczek czarnej kawy. Tak mi się strasznie chciało pić, że jednym duszkiem wypiłam te pół litra kawy.
- „Auch wenn Sie wollen?” (czy jeszcze chcesz?) – zapytał Niemiec.
- „Bitte schön!” (proszę bardzo) – powiedziałam.
Nalał mi jeszcze jeden kubek.
- „Danke schön!” – podziękowałam mu i pokiwałam ręką.
Sama nie wiem skąd mi się wzięła znajomość niemieckiego, takich krótkich zwrotów.
Niemiec mnie pytał jeszcze:
- „Ob Ihr Kind” (czy to moje dziecko)
- „Ja” (że moje)
- „Wenn Sie Milch?” - pytał czy mam mleko.
- Tam daleko „meine Mutter und Kuh” (mama z krową) - pokazałam.
Później, jak zaczęły się walki i strzelanina, to schowaliśmy się w jakiejś stodole. Było tam dużo ludzi. Wszyscy pokładli się na klepisku, a ja wlazłam wysoko na sąsiek.
- Gdzieś ty weszła, przecież cię zabiją - mówił Tatuś.

Nasze konie powyprzęgane z wozów, mimo że były spętane, rozbiegły się po polach. Tu w koło strzelanina, a oni te konie gonią i łapią, jakieś powrozy mieli, połapali te konie i wiążą. Handlarze końscy też łapali bezpańskie konie, których kilka biegało po polach.

Wróciliśmy do domu. Nic nie było zniszczone, ani nic nie zginęło. Natomiast kobiety ze wsi rozkradły całą zastawę z naszego domu. Niemcy nie pozabierali, to nasi pokradli. Po takiej tragedii nasi rodacy byli bezwzględni. Ludzie nie patrzą. Męskie rzeczy też pokradli i to już przy nas”.

Na Wałach mieszkaliśmy do chwili wysiedlenia w grudniu 1941 roku. W dniu wysiedlenia zostaliśmy sami, tato, mama, siostry Alina i Marysia, bracia Stasiek, Włodek i ja. Stryj Gienek z ciocią Stefą uciekli wcześniej z dziećmi, nasi bracia Rysiek i Lolek również.

Stanisław wspomina: „18 grudnia 1941 roku zostaliśmy wysiedleni z naszego rodzinnego domu przez Niemców. Do wysiedlenia przyjechała autobusem cała grupa – oddział. Byli bardzo wściekli, mieli listy osób do aresztowania, a tu nie ma ludzi. Ala wyskoczyła oknem, pod oknem plątała się świnia i Niemiec zamiast za Alą, pobiegł za świnią. Ala uciekła i schroniła się u kuzynki. Jak Mamusia dostała ataku i zemdlała w pokoju na górze, tym od rzeki, Tatuś się nad nią pochylił i ją podnosił, to gestapowiec uderzył go pałką po plecach. Jak Tatuś się podniósł, to powiedział do Niemca, że: „ja tu mam od władz wojskowych zaświadczenie”. Niemiec kazał szybko pokazać. Po przeczytaniu tego dokumentu natychmiast zmieniło się postępowanie Niemców.

Nie kazali się spieszyć, tylko powoli pozabierać i nie pojedziemy do lagru, tylko na posterunek Gestapo w Lublińcu. Lagier był gdzieś koło Gliwic, do niego zabrali Burych, którzy później pracowali u Niemca. Prowadzący wysiedlenie stwierdził, że musimy jednak jechać na Gestapo do Lublińca, bo on nie może w tej sprawie decydować. Kazał mi wezwać sołtysa, którym wtedy był Józek Blukacz. Niemiec kazał zabezpieczyć mieszkanie, zabrać Mamusię z dzieckiem, zabezpieczyć opał. Do Lublińca konwojowało nas tylko dwóch mundurowych. Po przybyciu do Lublińca komendant posterunku Sefeld z ojcem się przywitał, bo ten papier wcześniej wzięli na górę. Oświadczył, że wrócą do domu, ale jest już późno, była chyba czwarta. Pociągu już do Częstochowy nie ma. Zarządzili umieszczenie nas na noclegu i dali nam porządną kolację. Rano tatuś dostał przepustkę, pieniądze na przejazd i każdy miał naszykowaną kanapkę na drogę. Przyjechaliśmy na dworzec Częstochowa Stradom i Tatuś, obawiając się aresztowania, został w Częstochowie. Poszedł do wujka Sypickiego na ul. Pułaskiego i tam u niego pracował całą okupację, a mieszkał na Groszu.”

Tak humanitarny gest w ratowaniu życia ludzkiego po wypadku parowozu miał dla nas zbawienne skutki podczas wysiedlenia.

Jeszcze kilka lat po wyzwoleniu, w okolicach mostu i na okolicznych polach w promieniu około 100 metrów, można było znaleźć odłamki i części elementów mostu.

Ponieważ linia kolejowa z Częstochowy w stronę Katowic miała istotne znaczenie w transporcie wojennym, to odbudowa zniszczonego mostu była pilnym zadaniem. W szybkim tempie wybudowano tymczasowy drewniany most po prawej stronie patrząc od cegielni. Tory biegły po rozszerzonym plancie od wysokości cegielni i około 100 m za rzeką. Dopiero po wybudowaniu zapasowego mostu, przystąpiono do usuwania skutków wybuchu i wydobycia parowozu. Na załączonej fotce widać pociąg techniczny, który stoi już na zapasowym torze oraz mały budynek drewniany, w którym stacjonowała drużyna ochrony mostu, a który tam stał jeszcze po wojnie. W tle widać budynki cegielni w Korwinowie, suszarnię i piec do wypału cegły.
Siła wybuchu w czasie wysadzania mostu była ogromna. Zniszczone zostały nie tylko przęsła od północnej strony, ale i przyczółki, tak że odbudowa była poważnym zadaniem. Most naprawiono w 1940 roku.

Autor: Andrzej Patorski

Foto ze strony: www.fotopolska.eu

Kontakt:

redakcja(at)korwinow.com

tel. 516 464 400

Najczęściej czytane:


Robert Tomalski - kajakiem pod prąd - w Korwinowie

PKS Victoria Poczesna vs LKS Szawer Leszno

Na początek sezonu



Polecane strony:

 

KB Systems s.c. - projektowanie zaawansowanych aplikacji internetowych

 

Elunia.pl - wiersze, rymowanki, fraszki

 

CampingSielanka.pl - biwak, kajaki, relaks

 

 


Wykorzystujemy pliki cookies, aby nasz serwis lepiej spełniał Państwa oczekiwania. Można zablokować zapisywanie cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Aby dowiedzieć się więcej na temat cookies kliknij tutaj.